Ziemia odzyskana
| Ziemia odzyskana |
Rozgwieżdżone niebo, nagła wiosenna tęcza, przepiękny zachód słońca – te widoki oglądane z okna bloku wywołują nieokreśloną tęsknotę. W niektórych budzą też poczucie wydziedziczenia i utraty. Agnieszka z Piotrem, odkąd zamieszkali we własnym domu, czują się jakby odzyskali tę utraconą cząstkę świata. Dziś nie jest już odległa i nieosiągalna, ale ich własna.
W letnie wieczory, gdy po całym dniu upału ziemia stygnie, zaczyna pachnieć pole. Dla mieszczucha, przyzwyczajonego do spalin, to zapach wakacji – mówi Piotr – I teraz po powrocie z pracy mamy te wakacje codziennie. Ponieważ jednak młodzi rodzice o własnej zdolności kredytowej zdanie mieli marne, rozglądali się za możliwością korzystnej zamiany, bardziej licząc na wysoką wartość swojego świetnie zlokalizowanego mieszkania, niż na nagły przypływ gotówki. ”Ulotna” myśl...… pojawiła się nieoczekiwanie na klatce schodowej. Miała postać niewielkiej ulotki, w której deweloper zachęcał do zakupu mieszkań w podwarszawskim osiedlu. Kupić, nie kupić – pooglądać można, pojechali więc na rekonesans. Spodobały im się kameralne szeregowe segmenty, mieszczące po dwa mieszkania: parter z ogródkiem lub piętro z poddaszem. Przymierzyli się do tego drugiego – pasowało idealnie: na górze sypialnie , na dole duża przestrzeń dzienna, no i schody – ten fetysz mieszczucha. Pewien niepokój budziła cena, wprawdzie konkurencyjna względem stołecznych, niemniej wysoka. Postanowili jednak pójść o krok dalej i bez większego przekonania umówili się z przedstawicielką banku. Finansistka miała dla nich miłą niespodziankę: ich niedoceniana zdolność kredytowa okazała się zupełnie wystarczająca do realizacji planów. I tak się zaczęło.
Później, by porzucić szkicowanie mebli w segmencie i skoczyć na naprawdę głęboką wodę, wystarczyła jeszcze wizyta u przyjaciela, który od niedawna mieszkał w domu na skraju lasu. „Skoro stać nas na lokal od dewelopera, który przecież na nas zarabia, możemy zbudować sami, jeśli tylko znajdziemy niedrogą działkę” – pomyśleli. A przyjaciel kusił, pokazywał „niczyją” ziemię za swoim płotem i dolewał wina. Owa ziemia – położona pomiędzy lasem a uprawnym polem – faktycznie czekała na kupca.
Jeszcze jak warto! Oboje wahali się nad lokalizacją; dystans 30 km od stolicy wydawał się zbyt wielki. Zastanawiali się też, czy podołają przedsięwzięciu finansowo. Żmudny proces decyzyjny zakończył się z początkiem września. Pomógł tu właściciel działki komunikując, że zjawili się nowi oferenci, a ponieważ zaproponowana przez niego cena była naprawdę okazyjna, nie było na co czekać. Umowa została spisana, zaliczka przekazana, a proces kredytowy – uruchomiony. Miał przy tym coś jeszcze: zdolność nawiązywania świetnego kontaktu z robotnikami. Szanowali go zwłaszcza murarze, których sporo ta „kooperacja” nauczyła. Ci zresztą spisywali się bez zarzutu; trójwarstwowe ściany z pustaków Porotherm przełożonych styropianem postawili prosto, szybko i tam gdzie trzeba. Polska norma Dzięki staraniom wujka dom z pewnością przetrwa wieki. Tuż przed zalaniem stropu teriva, gdy ekipa czekała już na gruszkę z betonem, to właśnie jego czujne oko wypatrzyło w konstrukcji stropowej brak ważnego żebra rozdzielczego. Trudno było winić murarzy: zinterpretowali mało czytelny rysunek projektowy, jak umieli. Żebro było na nim niemal niewidoczne, co dowodzi, że „czytanie” projektu warto zlecić prawdziwemu fachowcowi. Powtarzaliśmy to szefowi 53 razy – wspomina Piotr – Mimo to cieśle wyszykowali skomplikowane stanowiska pod podwójne Veluxy, siekając w tych miejscach więźbę na kawałki. Misternej, ale całkowicie zbędnej konstrukcji nie opłacało się likwidować; wzmocniono ją tylko stalowymi łącznikami. Wprawdzie prace posuwały się dość sprawnie do przodu, pozostało jednak wrażenie, że szef firmy, łapiąc wszelkie możliwe zlecenia i prowadząc kilka budów naraz, tak do końca nie panuje nad żadną. „Jesteśmy po najnowszych szkoleniach i wiemy najlepiej!”. Inwestorzy okazali się jednak równie nieprzejednani. Nie trafiała nam do przekonania samoodpowietrzająca instalacja z sedesem, któremu od czasu do czasu się „odbija” – twierdzą – W tej dziedzinie pozostaniemy tradycjonalistami – miejsce wątpliwych zapachów jest w kanale wentylacyjnym wyprowadzonym ponad dach. Efektem tych dywagacji jest obudowa za miską ustępową, mieszcząca „rozdzielnię aromatów”.
Przestój i... przyspieszenie W połowie lata roboty stanęły. Przyczyna była prozaiczna: wyczerpały się zasoby kredytowe, a mieszkanie wciąż czekało na kupca. Dom stał więc bez okien, co miało tę zaletę, że porządnie wyschły szlichty i tynki wewnętrzne. Rodzina miała dzięki temu czas, by zebrać nowe siły. Już wkrótce – gdy na warszawski lokal znalazł się amator – okazały się bardzo potrzebne. Misterny plan zdruzgotali dostawcy okien komunikując, że wpadną nie we wtorek, a w poniedziałek, bo tak im jest po drodze. Cóż, trzeba było walczyć od nowa. Na szczęście człowiek od alarmu dał się uprosić i przyjechał dzień wcześniej, a że robotę zaczął późnym popołudniem, ostatnie testy instalacji przeprowadzał bladym świtem. Ptactwo zrywało się do nerwowego lotu, ale sąsiedzi okazali wyrozumiałość. O intensywności prac w tym okresie może zaświadczyć Agnieszka – odwiedzając pewnego dnia swoją posiadłość, zastała w niej jedenastu ludzi, spośród których nie znała… żadnego. Trochę zdezorien- towaną inwestorkę uspokoił przez telefon mąż: „Wszystko w porządku. Ci trzej są od kominka, tamci – od glifów, a pozostali to glazurnicy”. Jak w podstawówce W o w y m czasie bezdomna czteroosobowa rodzina podzieliła się na dwa zespoły: Agnieszka z córką i czworonogą Tigrą zamieszkała u swoich rodziców, Piotr z synem – u swoich, ulicę dalej. Rozkwaterowani, a przy tym zabiegani i zajęci budową , w ciągu dnia nie mieli właściwie czasu dla siebie. Wspominają jednak te miesiące z rozbawieniem i nostalgią, obudziły w nich bowiem ciepłe wspomnienia aż ze szkoły podstawowej. Podobnie jak 23 lata temu, gdy po raz pierwszy wpadli sobie w oko, tak i teraz – by zaradzić czasowej rozłące – spotykali się co wieczór na podwórku przy okazji spacerów z psem. Ich wspólna historia zatoczyła pełne koło.
Nakłonienie go następnej wiosny do gwarancyjnego remontu skruszałych, bo zbyt późno położonych glifów, kosztowało niemało wysiłku. A czas naglił: zbliżały się Święta, po nich zaś sylwester, który zgodnie z deklaracją inwestorów miał się odbyć w nowym domu. Na imprezę sylwestrową zapraszaliśmy już w marcu, zanim stanęły ściany; to było dla nas dodatkową motywacją – śmieją się gospodarze, choć przyznają, że termin skonsultowali z wykonawcą. Pewnie zapomniał… Aby do SylwestraRozstali się z firmą w nienajlepszych nastrojach, na prostej tuż przed metą. Wykańczanie wnętrz postanowili zlecić niezależnym wykonawcom. Tu jednak trafili na przeszkodę: ostatni rok ulgi remontowej, który dokumentnie wymiótł z rynku fachowców. Ci, którzy pozostali, wyczuli koniunkturę i dyktowali zaporowe ceny. Agnieszka z Piotrem nie chcieli jednak zawieść przyjaciół; szukali do skutku. Terakota na parterze układana była na tydzień przed końcem roku.
Najwięcej emocji dostarczyły dębowe schody. Miały stanąć tuż po wyjściu glazurników, okazało się jednak, że świeży klej i fugi zbyt zawilgociły klimat – trzeba było kilka dni odczekać. Tylko bez żartów, panowie. Planujemy tu imprezę sylwestrową: będą dzieci, szampan, tłum ludzi… Nie zostawcie nas z drabiną – upominał Piotr. Przyjedziemy 29 grudnia, w jeden dzień się zrobi – oświadczył głównodowodzący stolarz. Nie bardzo to sobie wyobrażaliśmy – wspomina Agnieszka – Drewniane schody zabiegowe w jeden dzień? Ale nie było wyjścia – musieliśmy panu zaufać. Na szczęście zrobił na nas doskonałe wrażenie. Co dziwne, nie chciał zaliczki, a co jeszcze dziwniejsze – obiecał, że przywiezie i zmontuje schody, a jeśli nam się nie spodobają, to zwija je, zabiera i znika, bez żadnych kosztów z naszej strony. Nowy rok, nowe życieOd tamtej pamiętnej zabawy minęło ponad 8 miesięcy. Nad polami unosi się zapach zboża, w ogrodzie wzeszła pierwsza trawa, a dzieci szaleją w wielkim nadmuchiwanym basenie. Rodzice zaś czują, że znaleźli swoje miejsce na ziemi. Wprawdzie budowa, a zwłaszcza jej końcówka, nie okazała się igraszką, a wykonawca, w ogólnym zarysie przyzwoity, rozczarował ich brakiem troski i wieloma drobnymi zaniedbaniami, ale dom – wyłączając letni przestój – stanął w pół roku. A im, kompletnie w budowaniu „zielonym”, udało się wprowadzić kilka celnych modyfikacji. Dodane nad schodami okno połaciowe skutecznie doświetliło kawał przestrzeni na parterze i poddaszu. Otwór wybity w ścianie obok kominka, pomiędzy salonem a klatką schodową, pozwala oczom „głębiej odetchnąć”, a ocieplony i wykończony strych jest bezcenną składnicą sprzętów, w której – czego by się nie dorzuciło – miejsca nie ubywa.
Tekst i zdjęcia: Agnieszka Rezler |
|||||||||||||||||||
|
dodano: 30.07.2009. |
|||||||||||||||||||
| zmieniono: 23.03.2011. | |||||||||||||||||||

















