|
Czy stać nas na duże domy? |
Natknęłam się ostatnio na tragikomiczne wyniki badań statystycznych, które jak na dłoni pokazują nasze narodowe kompleksy.
Otóż okazuje się, że jakkolwiek w przeciętnych metrażach mieszkań jesteśmy w europejskim ogonie, gdzieś w okolicach Albanii, to w przypadku średnich metraży domów jednorodzinnych wysuwamy się na czołówkę. I tu, i tam dysproporcja jest ogromna.
W blokach mamy dla siebie mniej o prawie 20 m² na rodzinę od takiego Niemca czy Szweda (w dodatku nasze rodziny są z reguły „dzietniejsze”, dlatego mamy jeszcze ciaśniej). Ale już w domu musimy mieć o 30–40 m² więcej od zachodnich sąsiadów. Rozumiem oczywiście, że jedno z drugiego wynika: ściśnięci w mieszkaniach jak sardynki w puszce, musimy odreagować, budując willę „z przytupem”. Tylko czy nie jest to przypadkiem przysłowiowy strzał w stopę – jeden z powodów naszych wiecznych problemów mieszkaniowych? Gdybyśmy decydowali się na domy mniejsze, budowalibyśmy taniej i szybciej, a cała branża miałaby większe możliwości przerobowe, jeśli chodzi o liczbę klientów. Mam wrażenie, że wybierając wielkie domy, wchodzimy w rolę hamulcowego rynku.
Od dwóch lat moi rodzice próbują zamienić dwa swoje mieszkania na mały domek. Szukają czegoś niewielkiego, żeby móc tę przestrzeń ogrzać i opanować aranżacyjnie. No i żeby się w niej nie zagubić. Pomagam im w poszukiwaniach i dochodzę do wniosku, że kupienie w miarę nowego domku czy segmentu o powierzchni do 100 m² graniczy z cudem. Tymczasem średnia powierzchnia domu w Anglii to ok. 90 m²! U nas trudno znaleźć nawet dom poniżej 150 m² – taki metraż jest dziś powszechnie postrzegany jako mały. Dla czteroosobowej rodziny normą za to staje się 300 m². I gdzie tu sens? Czy naprawdę jesteśmy już aż tak bogaci?
Anna Kosińska |
dodano: 05.12.2008. |
|
zmieniono: 05.12.2008. |